czwartek, 5 listopada 2015

Hello from the other side

Tak, to Adele w tytule, nie mogłam się powstrzymać :3

Wpadłam tu, totalnie przez przypadek, lekko popychana jesienną depresją, której pomagała na pewno wredna, malutka tęsknota ;)

O matkości, o czym tu pisać? Tyle sie działo, ale jednocześnie w sumie nic się nie zmieniło... Właśnie skończyłam czytać podsumowującą notkę u Marty i naprawdę, nie mogłabym tego lepiej ująć - Marta i tak jest debeściakiem w pisaniu notek i prowadzeniu bloga, ode mnie dostajesz Złoty Medal kochana! :)

Trochę mi smutno, a przede wszystkim jestem zła na siebie, bo mogłam tego bloga lepiej prowadzić, miałabym teraz przy czym płakać w gorszych dniach - a takie się czasem zdarzają!

Uogólniając, nie to, że żałuje powrotu, co to to nie! Jestem przeszczęśliwa, że wróciłam, że się przeprowadziłam, że zaczęłam studia, że spełniłam swój American Dream w najlepszy i najbardziej dostępny sposób jaki miałam, a przede wszystkim cieszę się, że moje plany z przed wyjazdu nie zmieniły się za bardzo po tym szalonym roku :) (Panie Konsul, nie kłamałam, że wrócę na studia!)

Chciałabym się trochę rozpisać, ale ciężko z półrocznym opóźnieniem opowiadać co się działo w USA... Znowu powinnam dostać kopa w tyłek za pozostawienie bloga...

Pewne jest jedno: wyjazd dał mi ogromną opcję samorozwoju, pod każdym względem: dorosłam, zmądrzałam i stałam sie jednocześnie bardziej otwarta - na ludzi i na rzeczy, które mogę osiągnąć. Ktokolwiek, kto się zastanawia, mówię - jechać! Ktokolwiek, kto się boi, mówię - tym bardziej jechać! Naprawdę, nic wam nie da takiego kopa życiowego jak rok w USA. Nawet, jeśli miałoby to się skończyć powrotem po tygodniu, czy męczarnią z rodzinką, czy rematchem, czy poznaniem drugiej połówki, czy też odnalezieniem drugiej wspaniałej rodziny za oceanem. Mogłabym wymieniać i miejsce by mi się skończyło, ale dążę do jednego - cokolwiek by miało cię spotkać I TAK WARTO JECHAĆ. Oczywiście pozytywnych wspomnień i przeżyć jest dużo, dużo więcej niż tych negatywnych, jednak trzeba być gotowym na wszystko. Tak jak pisała u siebie Marta, taki wyjazd to nie hop siup, trzeba być troszkę dojrzałym, trzeba wiedzieć, ze niekoniecznie będzie kolorowo. Chętnie pojechałabym drugi raz i może jeszcze pojadę, póki co studia i praca same się nie zrobią :)

Jako, że sam program BARDZO mi odpowiada i myślę, że to naprawdę genialna opcja dla młodych dziewczyn, żeby trochę zaszaleć ale też zrobić coś pożytecznego w życiu - zwłaszcza, jak stoicie pomiędzy maturą a studiami i nie wiecie co dalej, albo jak w ogóle nie wiecie co dalej! :D
Nie mogłam opuścić grona au pair tak łatwo. Za bardzo przywiązałam się do tematu i za bardzo chcę przekazać reszcie światu jak fantastyczny pomysł to jest, dlatego (uwaga, autoreklama!) zaczęłam pracę w APIA :) I nie, nie zachwalam programu tylko dlatego, żeby podnieść sobie statystyki- kto czytał [wieki temu] tego bloga wie, że niekoniecznie miałam miodowy American Year z moją host rodzinką ;) Mimo to siedzę tu i piszę [raz jeszcze] JEŹDZIE!

Nie wiem, czy ktoś tu zagląda, ale jeśli tak, to się cieszę :)
Pytajcie, walcie śmiało, zawsze służyłam i nadal służę pomocą. Zwłaszcza teraz, "na zimno", po czasie i po przemyśleniach na pewno trochę inne mam spojrzenie na pewne rzeczy niż tak "na gorąco".
Pozdrawiam wszystkich i powodzenia w realizacji planów! :)

czwartek, 12 lutego 2015

Driving in the US.

Cos mnie natchnelo na to pisanie ostatnio, czyzbym zatesknila?? ;)
Dzisiaj pocisne amerykanskim umiejetnosciom w prowadzeniu auta. Albo ich braku.

Okay, dla jasnosci. Jestem w CT. Nie jezdzilam autem w zadnym innym stanie, krece sie glownie po CT, NY, sporadycznie NJ (a raczej tutaj RAZ, poki co).

Pierwsze co - mozliwosc skrecania na czerwonym swietle. Tylko w prawo. Tylko, jesli nie ma znaku "DO NOT TURN ON RED". Oczywista oczywistoscia jest to, ze amerykanie albo sa slepi albo czytac nie umieja, bo niewazne, czy jest znak czy go nie ma -czerwone, a ja jade w prawo? Dawaaaj. Nie chcecie wiedziec ile razy prawie przydzwonilam takiemu madremu, ktory mi wyjechal - Bogu dzieki za moj refleks!

Druga sprawa - znaki.

Wszyscy znaja ten znak, prawda? (obrazek z google btw) Jesli nie znacie, to latwo domyslic sie, o co chodzi. Kazdy pas ma swoj kierunek, w ktorym auta MUSZA jechac. E-eee, nie tutaj ;) Trzeba uwazac, bo moze pan w mesiu z lewego pasa pojedzie prosto, a wtedy ty na srodkowym pasie wcale nie spodziewajac sie blyszczacego mesia wpierniczajacego sie na twoj pas, gaz i BACH, siedzicie na sobie nawzajem. Oczy dookola glowy, bo nigdy nie wiadomo, gdzie ten obok zamierza pojechac. Nie ufajcie nawet kierunkowskazom, bo najwyrazniej amerykance lubia pik-pak-pik-pakujace dzwieki w swoim samochodze przez caly okres ich jazdy. Nie jestem wstanie powiedziec ile razy jadac na autostradzie widzialam dumnie prowadzaca kobiete, ktorej migacz miga na lewo a ona ani mysli o zmianie pasa - to kolejna sprawa ;)

O, ten znak to moj ulubiony: 


Wszedzie przed swiatlami na drodze jest wielka, gruba biala linia. Miejsce, gdzie nalezy sie zatrzymac na czerwonym swietle(jasna, logiczna sprawa, prawda?). Oczwisce nikt sie nie zatrzymuje przed linia, ale ZA linia i to na maxa jak moze. Czesto pozniej musi cofac jesli auto jadace z prawej strony nie ma wystarczajaco miejsca na skret. Tak po prostu tu jest, widzisz linie? Stajesz za nia. W wielu przypadkach sa znaki jak ten powyzej, z jedna roznica "STOP HERE ON RED SIGNAL" zapobiegawczo, zeby kierowca wiedzial GDZIE ma stanac. W tym przypadku znak przypomina nam, ze jesli jest czerwone, to nie oznacza to wcale JEDZ, tylko STOJ. Tak o, jakby ktos zapomnial. W sumie jak sie nad tym zastanawiam, to nic dziwnego, ze maja wszedzie takie dziwne i oczywiste znaki, skoro zdanie prawka tutaj to ponoc bulka z maslem i amerykanie prawie niczego sie nie ucza. Nie wiem jak to wyglada, osobiscie nie zdawalam prawka,  slyszalam tylko opowiesci.

O wariatach na autostradach chyba pisac nie musze, bo tacy to w kazdym kraju sie znajda, ALE nie moge  nie wspomniec o "przyczynach wiekszosci korkow". W moich okolicach uzywa sie glownie dwoch autostrad. Okay, JA uzywam. Jedna jest dwupasmowa, druga trzy pasmowa. Znacie zasady funkcjonowania autostrad lub drog ekspresowych? Najwolniejsze auto na prawy pas, najszybsze na lewy. Otoz nie tutaj. Kazdy jedzie pasem, ktory mu sie podoba. W koncu sytuacja wyglada tak ze na trzech pasach rownolegle jada samochody jedna predkoscia, koles z tylu ktory popierdala jak wehikul czasu stara sie wyminac tych spowalniajacych ruch, co jest niestety bardzo trudne, dlatego manewruje jak szalony, czesto gesto nawet nie zwalnia, na koniec poddaje sie (no, chyba ze jakims cudem uda mu sie przecisnac), i wlecze sie za tymi "assholes", dolaczaja do niego kolejne auta i kolejne, az w koncu mamy korek na 3 mile. 

Nie moge zapomniec o przypadkach (bardzo licznych przypadkach), kiedy jedziesz sobie ulica w swojej spokojnej miescinie, na poboczu zaparkowane samochody - oczywiscie - az nagle w jednym z aut otwieraja sie drzwi na cala szerokosc i jedyne co jestes w stanie zrobic to skrecic w ostatniej chwili na drugi pas, modlic sie zeby nie nadjezdzalo zadne inne auto i przeklinac glosno na "tego idiote, ktory nie mysli." - czesto uzywam innych okreslen, ale nie wypada publicznie bluznic ;)

Na koniec ostrzezenie: UWAGA NA KACZKI. Czy tam gesi, co kto woli. Jest ich duzo, bardzo duzo, wszedzie dookola i robia co chca. Sa gorsze niz piesi w Polsce ;)


W powyzszym przypadku stalam na drodze z moimi dziewczynami przez ponad 5minut. Doslownie, prawie dwie piosenki w radiu nam przelcialy! Ruch zatrzymany, kaczki na drodze! Czy tam gesi, co kto woli. 

Mysle, ze to chyba wszystko z tych szalonych rzeczy jakie tutaj latwo spotkac. Nie umiem sobie teraz przypomniec czy o czyms nie zapomnialam. 
Czesto gesto jak prowadze to mnie szlag trafia. Bogu dzieki za rap, przynajmniej mam sie gdzie wyzyc :D 

Moze do zobaczenia niedlugo, moze za kilka miesiecy, a moze juz wcale! Nie mam zadnych planow co do tego bloga, co wyjdzie to wyjdzie.
Buziaki!
N.

P.S. Przepraszam za brak polskich znakow. To nie tak, ze po dziesieciu miesiacach zapominam rodowego jezyka, po prostu moj stary komputer-dziadek nie pozwala mi na normalne uzytkowanie i najzwyczajniej szlag mnie trafia jak mam probowac pisac PO POLSKU. Dzieki za zrozumienie! xx

niedziela, 25 stycznia 2015

10th month - still alive and (almost) happy

Whoaaa.
Pół roku.
Dobra. Wow. Powinnam przepraszać, że mnie tyle czasu nie było? Ostatnia notka to jakaś kicha. Powiem szczerze, że kilka razy przymierzałam się do jej poprawienia, ale jednak zawsze pasowałam.

Nie będę nadrabiać zaległości, bo mi się nie chce (czas mam, oczywiście).
Melduję się tylko, żeby ktoś nie pomyślał, że coś złego się ze mną dzieje! (Jeśli jakimś dziwnym trafem trafiłeś/aś na tego bloga teraz, współczuję Ci z całego serca, niemniej jednak - jestem szczęśliwa, że nie piszę tego tylko dla siebie, chociaż założenie bloga miało być pamiętnikiem głównie DLA MNIE. Nieważne)

Co się działo u mnie przez te pół roku? Szybko i w dużym skrócie:
Po tripie do Bostonu zaliczyłam weekend w Chicago (niesamowite miasto, jednak NYC nadal dla mnie #1), a potem wakacje w Miami (#2 na mojej liście ulubionych miejsc!). Następnie byłam wypłukana z kasy i nie robiłam nic specjalnego - oprócz okazjonalnego imprezowania z moim "International Squad", który w międzyczasie się stworzył i rozleciał - starałam się oszczędzać jakąś kasę, ale było ciężko. W końcu tuż przed światami odwiedziłam Ankę w Atlancie (#3 ulubionych miast w USA!). Gdzieś tam przewinęło się Halloween i impreza z Domi w NYC, potem był Thanksgiving z moją host rodzinką, no a po Atlancie już święta Bożego Narodzenia. Po obkupieniu się prezentami dla wszystkich oprócz mnie samej znowu się wypłukałam z pieniędzy. Serio nie wiem co się tu w Stanach ze mną stało, ale w PL byłam mega zorganizowana z kasą, a tu ucieka nie wiadomo kiedy (chyba za dużo Tajskiego żarcia haha <3 ). Wigilię spędziłam z host dziadkami Dominiki, po polsku. Pierwszy dzień świąt z moją host rodzinką, która poza "typowo amerykańskiej - steak, ziemniaczane puree i zielona fasolka - kolacji" nic nie robili. No i prezenty oczywiście. Mnóstwo prezentów. Na Sylwestra postanowiliśmy nie jechać do City. Stanie w tłumie, marzniecie i sikanie w pieluchę (DOSŁOWNIE) na Times Square nas nie interesowało, a jakiekolwiek imprezy w naszym zasięgu finansowym to nic innego jak to, co możemy robić w każdy inny weekend i to za 80% mniejszą cenę (lub całkowicie za darmo). Dlatego wybraliśmy house party u chłopaka jednej z au pair. Był beer pong, był alkohol, było picie i płakanie o północy.

No i jestem teraz tutaj. 10ty miesiąc w USA mi leci, datę powrotu do domu już mam wybraną. Plany na najbliższe pół roku też już są i tylko czekają na realizację. Rodzinka mi przyjeżdża na dwa tygodnie w Travel Month i będziemy podbijać Cali.

Ktoś zainteresowany moimi relacjami z Host Family?
Nie jestem członkiem rodziny, jednakże nie jest to takie złe. Wiadomo- są lepsze dni i gorsze dni, ale generalnie nie ma sporów, nie ma kłótni i nie ma problemów z moimi dziewczynami. No, chyba, że jeśli chodzi o sprzątanie pokoju, ale mówiąc wprost "mam wyjebane", tak jak i moja Julia :)
Spędzam czasami z nimi czas, czasami mam ich gdzieś i robię swoje. Zależy w jakim wszyscy jesteśmy humorze.

Homesick?
Aż do 7go miesiąca pobytu tutaj było ok. A nawet było super. Jakoś w listopadzie, pod koniec, kiedy moja host mom powiedziała, że na święta mogę robić co mi się podoba (dostałam extra 2 tyg wolnego), bo oni na święta NIC nie będą robić...no cóż było mi przykro. Zaczęłam rozważać nawet wyjazd do PL na te dwa tyg, byle tylko spotkać się z rodziną i znajomymi. Przyznam się, że nawet raz płakałam (taki twardziel ze mnie) ale później Domi, moj Anioł Wybawca, zaproponowała mi święta z jej host dziadkami, tradycyjnie, po polsku i ani nie zauważyłam i było już po świętach, po Sylwestrze. Nowy rok- nowa ja, jak to modne jest tutaj mówić ;)
Mimo, że święta minęły, mały homesick pozostał i czasami kiedy wychodzimy ze znajomymi na imprezę, patrzę na tych amerykanów, którzy się wszyscy znają, ze szkoły, z przedszkola. Spotykają starych znajomych, opowiadają jak im życie mija, wspominają, a potem się świetnie bawią. Tęskno mi wtedy za moją mieściną i za tymi wszystkimi ryjkami, które znam i nawet tymi, których nie lubię. Co ta odległość robi z człowiekiem!
Nie jest tak, że nie korzystam z czasu i znajomości tutaj. Mam swoich ludzi, mamy swoje zajęcia i jest super. Mam jeszcze jeden, a jak dobrze pójdzie to dwa tripy zaplanowane, a za troszkę więcej niż 100dni lecę do domu. Trzeba korzystać!

Początkowo planowałam napisać w tej notce jakieś moje własne spostrzeżenia, rady, ostrzeżenia odnośnie programu Au Pair, ale stwierdzam, że już i tak dużo nabazgrałam, więc dam spokój. Może wrócę tu niedługo, kto wie!

Trzymajcie sie wszyscy (albo ty jeden jedyny człowieku, który odważyłeś sie jeszcze tu zajrzeć), spełniajcie marzenia, nie poddawajcie się, wlaczcie o swoje i bądźcie silni!

Całuski!
N.

P.S. Tak jak przez 9 miesięcy byłam jedyną polką w moim clusterze i wszyscy mi powtarzali, że prawdopodobnie tak zostanie, bo w moim miasteczku polskie au pair są średnio wybierane - ja wierzyłam i ciągle powtarzałam, że jakaś polska duszyczka dołączy do mojego jednoosobowego grona najzajebiściejszych polskich au pair w clusterze. Oto i ona, witam Aguś i powodzenia - ze mną, twoją host family, Darien i całymi Stanami :)

środa, 13 sierpnia 2014

4 months / crazy weekend / Boston

Dobra misiaki, jutro mija czwarty miesiac kiedy jestem w USA!!! SZALENSTWO!!! Pojecia nie mam gdzie ten czas tak zapieprza!

Zeszły weekend byl dosyc szalony, w piatek bylam z kilkoma znajomymi w country barze, ktory razem z B. bardzo polubilysmy - maja w srodku byka, B. dala sie namowic na jazde, ale ja bylam stanowczo na nie (no i trzezwa haha). W sobote byl plan razem z J. spotkania sie w NYC, pojscie na koncert Jeremiha (uwieeelbiam gooo) i zostanie w miescie na cala niedziele. Ogolnie wszystko bylo mega super, ale nie ogarnelam tylko jednego - ze ten "koncert" to goscinny wystep podczas imprezy. Impreza tematyczna "MILK" - czyli wszystko na bialo, w jakiejs czarnej czesci Brooklynu. Takze byli sami murzyni ubrani na bialo i my - dwie biale laski ubrane na czarno (wspomnialam, ze nie wiedzialysmy o temacie przewodnim?). Takze z punktu organizacyjnego nawalilysmy, ale koncert byl mega fajny, udalo mi sie zlapac koszulke, plus Jeremih'a mialam na wyciagniecie reki ;) Pozniej wrocilysmy na Manhattan, gdzie zjadlysmy sniadanie i ruszylysmy na podboj Muzeum Historii Naturalnej, bo padalo no i bylo juz ok 9 rano. Jak wrocilam do domu, to tylko wzielam prysznic i poszlam spac, a na drugi dzien i tak bylam jeszcze mega zmeczona. Ahoj przygodo, wariacje z J. byly warte calego chodzenia (+ zaopatrzylam sie w nowe spodnie^^)


Jessi na byku! Jaka szczesliwa :D

Tak mniej wiecej wygladala impreza. Biale namioty, biale kanapy, biale ubrania i biale my :P



Spacerkiem po NYC i mozesz znalezc wszystko :) Sklep z ozdobami swiatecznymi otwarty caaaly rok <3

Tego pana znamy z "noc w muzeum"...

...tak samo jak tego :)

Nie wiem co robie zle, ale mloda nie chce nic robic. Przez caly tydzien jedyne nasze zajecia to wizyta dwa razy w bibliotece, raz w CVS, dwa razy na lunch z hostka spotkalysmy sie w Greenwich i ogladalysmy razem cztery filmy. Na wszystkie moje propozycje dostaje tylko pomruk oznaczajacy "mi tu dobrze, nie chce sie ruszac", a jak pytam czy nie jest zmeczona siedzeniem calymi dniami przed kompem albo TV odpowiada "nieeee". Coz, ale ja jestem!!! Jeszcze hosci mnie dobijaja codziennym pytaniem jak wracaja z pracy "to co robilas dzisiaj fascynujacego, Julia?" a ja wtedy mam ochote zniknac, bo nie robilysmy NIC, przez co czuje sie BAD AU PAIR. Chociaz po rozmowie z jednym male au pair, ktory ma identyczna sytuacje, czuje sie lepiej i po prostu mam wyjeb**e ;)

W piatek ruszlam w kolejna wyprawe, tym razem cel -> BOSTON. Moja A. przeniosla sie w okolice kilka tyg temu, wiec razem z M. pojechalysmy ja odwiedzic. Dwie niemki plus ja. Ja to mam chyba jakies szczescie na niemieckie au pair... Ostatnio w Starbucksie zostalam sama z trzynastoma! Na szczescie byly mile i rozmawialy po angielsku, no przynajmniej czesc z nich :)
Boston. Co tu duzo mowic? Miasto mi sie bardzo spodobalo, zaliczylysmy wszystkie atrakcje turystyczne w dwa dni, przeszlysmy chyba z 50km + 294stopnie na szczyt Bunker Hill Monument. Moje nogi umieraly, zwlaszcza kiedy bylysmy "juz blisko" Cheesecake Factory do ktorej postanowilysmy isc na kolacje, a do ktorej szlysmy godzine... Duzo smiechu, zabytkow, truskawek, Starbucksa ("i need wifi!") i Double Chocolate Chip Frappucino :) Kolejne miasto zwiedzone, kolejny weekend milo spedzony. Chociaz i tak poki co moim miastem numer jeden jest NYC :)))

W te wakacje czekaja mnie jeszcze dwa przystanki, a potem od wrzesnia biore sie za ostre oszczedzanie kasy i jedne wielkie zakuuupyyyy :D
No i nie mam zdjec, bo mi sie zgrywac sie chcialo...

Let's go!
Buziaki!
N.

piątek, 1 sierpnia 2014

Sweet 21, party in NYC, 100days in the US and visiting Yale

Nadrabiam ostatnie zaleglosci i mam nadzieje juz byc na biezaco.

Na poniedzialkowym spotkaniu moja LCC zapytala, czy chcialabym zostac Big Sister (kto wie, ten wie, kto nie wie, juz tlumacze: Big Sister zostala utworzona w moim clusterze przez moja LCC, co uwazam za genialny pomysl. Mianowicie LCC wybiera dziewczyny, ktore sa juz tutaj 3 miesiace i dluzej i daje im pod "opieke" nowe dziewczyny, wszystko oczywiscie jest w cudzyslowiu, glowny zamysl to po prostu pokazac dziewczynom okolice, pomoc im poznac nowe osoby no i byc "pierwsza" kolezanka na miejscu, a moze nawet zostac BFF - co jest akurat rzadkie bo wiekszosc z nich poznaje dziewczyny przez FB zanim przyjada tutaj. Ale generalnie cala sprawa jest bardzo fajna, super to tutaj pracuje, chociaz nie kazda BS jest mila i chce sie spotykac ze swoja Little Sister. Wszystko zalezy od ludzi). Oczywiscie sie zgodzilam, bo mowiac szczerze nie moglam doczekac sie kiedy bede mogla pokazac nowej au pair cala okolice ^^ Takze moja LS jest Cati, 20 lat, Niemcy. Za dzuzo jej pokazywac nie musialam, bo sie okazalo ze przez pierwsze dwa dni juz zdazyla poznac okolice i nawet kilka kolezanek. Chociaz ja jestem jedyna, ktora nie jest z Niemiec...

15.07.2014 skonczylam 21 lat i tym samym stalam sie oficjalnie "dorosla" na terenie Stanow Zjednoczonych. Moje host dziewczyny pytaly "i jak sie czujesz jako dorosla?", powiedzialam "normalnie, bez zmian, wszystko co moge robic tutaj teraz, moglam robic w Polsce przez ostatnie trzy lata", na co L. powiedziala "coz....broni raczej miec w Polsce nie moglas". Racja, po czym byl pomysl "KUPIC NADII BRON" z tym, ze jesli bym to zrobila to "mama i tata by cie zwolnili" takze skonczylo sie na planowaniu kogo EWENTUALNIE bym mogla postrzelic ;)
Caly dzien byl super normalny, oprocz tego ze dziewczyny mi zlozyly zyczenia. Wieczorem kiedy hosci wrocili do domu, host przywiozl torta, zaspiewali mi "Happy Birthday", zdmuchnelam swieczke (oczywiscie najpierw zyczenie!!!), a potem zjedlismy torta, pogadalismy, dostalam prezent (pieniadze i bilet na pociag do Nowego Jorku na 5 pozdrozy - mega sie ucieszylam, bo moj mi sie juz skonczyl :D), a potem kazdy sie rozszedl w swoja strone, a ja pojechalam na kolacje z D. do Lucky's.

Birthday Card

Birthday Cake
W piatek z dziewczynami, ktore nie maja 21lat albo fake id spotkalam sie w moim ulubionym Friendly's na kolacje i lody. Na impreze z reszta dziewczyn umowilysmy sie na sobote, zagadalam do Izy, ktora jest promotorka, zalatwila przejazdzke limuzyna a pozniej impreza na dachu Hotelu Empire. Nie zaglebiam sie w szczegoly, mialo byc nas 12, na koncy bylysmy w 4 haha ale mimo wszystko impreza byla mega udana, nogi obolale, noc przetrwana :)






Cokolwiek bys potrzebowala - wszystko mozesz kupic w damskiej toalecie ;)
W klubie tez spiewali mi "happy birthday" i w limuzynie tez. Dwa razy: po polsku i po francusku haha
We wtorek 22 lipca mialam moje 100dni w USA. Nie, nie robilam nic specjalnego z tej okazji :P
W ciągu tygodnia bylam na kolacji z hostami w yacht clubie, probowalam jechac z Cati i jej kolezanka na koncert na plazy w srode, ale sie spoznilysmy i malo tego zaczela sie burza jak dojechalysmy na miejsce, wiec musialysmy wrocic do domu. W piatek B. zdeklarowala sie, ze bedzie prowadzic, a ja mam sie upic haha. Najpierw bylysmy na domowce u chlopaka jednej au pair, bylo nas okolo 12 osob, wypilismy drinki, troche wodki, zagralismy w beer ponga, bylo spoko, ale B. umowila sie z kolezanka (poprzednia opiekunka jej hostow, amerykanka) wiec pojechalysmy sie z nia spotkac u jej kolegi w domu. Tam gralismy w jakas inna "gre", nie pamietam nazwy, ale byly dwie druzyny i bylo trzeba jak najszyciej wypic zawartosc kubeczka, a potem podrzucic kubeczek na stol tak, zeby stal do gory nogami, nastepna osoba z druzyny moze wypic swojego drinka dopiero jesli kubeczek poprzedniej osoby stoi. Nie powiem, na poczatku kiepsko mi szlo, ale ostatecznie moja druzyna wygrala ^^ ("go polish girl!" jako okrzyk motywacyjny). Pozniej pojechalismy do baru latynowskiego, pelno ludzi, muzyka spoko, darmowe orzeszki i piwo "Corona". Dla mnie bomba ;) Na zakonczenie imprezy razem z B. i E. pojechalysmy na sniadanie. Nie mam zadnych zdjec, pojecia nie mam jak to sie stalo!

W sobote spontanicznie postanowilysmy z B. pojechac odwiedzic Uniwersytet YALE. Spotkalysmy tam przypadkowo nasze kolezanki z clustera, ale one juz konczyly swoja wycieczke. Wydaje mi sie, ze to co najwazniejsze, to widzialysmy. Teraz jeszcze tylko musze tam wrocic na mecz Football'a ;) Wieczorem pojechalysmy do wloskiej restauracji na kolacje, a potem wrocilam do domu, bo mialam pracowac (hosci niby mieli jechac gdzies na noc, o czym mi powiedzieli tego samego dnia rano), ale jednak okazalo sie, ze nie pojechali - dzieki za jakiekolwiek info ;) Tym samym ominelo mnie przestawienie wystawiane w High School... Ale trudno, moze nastepnym razem.

Starbucks i w droge!

Chyba najbardziej charakterystyczny budynek Yale

Domy bractw

Campus


Tutaj sie poczulam jak w Hogwarcie <3

Hogaaaaarttt <3

Campus

Biblioteka *.*
I moje zakupy, teraz juz na mecz jestem gotowa :)

Niedziele spedzilam razem z B. w Norwalk, najpierw ogladalysmy u niej filmy, a potem pojechalysmy do Downtown na piwko.


A to jeszcze Tajskie jedzonko z Dominiką w plenerze jakoś w ostatnich tygodniach:

Nad morzem

Nad stawem

I zawsze przy zachodzie slonca
Domi, zglodnialam... Kiedy znowu tajskie?!


Buziaki!
N.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Zalegly weekend 11-13.07 czyli Charlotte, JT i spokojna Karolina

Hej!
Nie wiem czemu nie pisalam tak dlugo, najprawdopodobniej z lenistwa, bo rozleniwilam sie przez te wakacje niesamowicie. Moglabym zwalic wine na moje nudne dziewczyny, ktore nie chca nic robic po szkole poza ogladaniem TV, ale wezme wszystko na swoja klate ;)
Zaczne moze od tego, ze u mnie wszystko w porzadku. Z hostami... Nie jest bajecznie i kolorowo, mamy kryzysy i kryzysiki, ale mamy tez dobre dni, wspolne kolacje i rozmowy. Takze nie narzekam (no dobra, czasami narzekam hah). Czas wolny staram sie czyms wypelnic, zeby nie marnowac dni na siedzenie w domu, zwlaszcza, ze cala moja "praca" to siedzenie w domu ;)
Jakis miesiac przed moimi urodzinami, czyli w czerwcu, zadzwonila do mnie siostra mojej przyjaciolki z PL, ktora mieszka tutaj w Stanach od 10lat, ze bedzie u niej w miescie koncert Justina Timberlake'a i powinnam skorzystac z okazji, przyjechac ja odwiedzic i pojsc z nia na koncert. Bylam MEGA podekscytowana, bo koncert JT to byl moj numer 1 na mojej "bucket list" (mozecie sobie wyobrazic moja mine jak siedzac jeszcze w Polsce dowiedzialam sie, ze JT przyjezdza w sierpniu do PL -.-). No wiec obgadalysmy szczegoly i bez zastanowienia kupilam bilet lotniczy do Charlotte,NC na weekend 11-13.07. Jako, ze mialam urodziny 15.07 stwierdzilam, ze ten wypad bedzie moim prezentem urodzinowym, dlatego tez ekcytacja byla podwojna.
Powiem szczerze, ze bylam troche zestresowana cala podroza. Ja, sama, w wielkiej Ameryce, na lotnisku w NYC (do ktorego tez dojechalam sama: pociag-autobus), a potem lot i drugie lotnisko w NC. Wszystko poszlo sprawnie i w piatek wieczorem J. odebrala mnie z lotniska i zaczelysmy nasza mala "przygode". Nie bede mowila ze szczegolami jak to bylo z naszymi biletami na koncert, ale obie stwierdzilysmy duzo wczesniej, ze poczekamy i kupimy bilety w dniu koncertu. Udalo sie, mimo, ze miejsca nie byly najlepsze zaplacilysmy 140$ za oba, kiedy orginalnie jeden tyle kosztowal :D Takze deal udany, dziewczyny zadowolone, wiec wio na koncert! Wspomne tylko, ze znajomi J. prowadza polska restauracje, wiec przed koncertem zjadlysmy tam pyszny polski obiad.
Sam koncert... CUDOWNY. Ciezko opisac to slowami, jesli ktos jest takim fanem jak ja i byl na koncercie swojego idola, to mnie zrozumie :) Caly koncert stalysmy, tanczylysmy, spiewalysmy, ja oczywiscie dwa razy sie tez poplakalam (Justin grajacy na piano piosenke "unil the end of time" i fanowskie swiatelka na calej arenie - i jak tu sie nie poplakac). Moze ktos powie, ze jestem stuknieta, ale chetnie pojde jeszcze raz na jego koncert :) Mam jeszcze kilka innych koncertow na liscie, ale mimo wszystko na JT moge isc jeszcze raz i jeszcze raz <3
Po koncercie razem z J. i jej kolezanka N. postanowilysmy isc do jakiegos klubu. Troche mialysmy obawy, czy mnie wpuszcza (w koncu 21 mialam konczyc za 2 dni), ale nie bylo problemow, a bramkarz nawet powiedzial polskie "dziekuje" kiedy pokazalam mu swoj paszport :P Impreza super, muzyka taka jaka lubie, i mimo ze murzynki wywijajace swoimi tylkami mialam przed oczami doslownie wszedzie (i powiem szczerze ze nie czulam sie za komfortowo tanczac skromne "tup-tup" przy nich haha) bylo naprawde fajnie. Oprocz tego, ze ok 2 wszyscy faceci, ktorzy do tej pory nie znalezli swojej "date" zaczeli nagle swoje poszukiwnia i to co sie dzialo na parkiecie to juz chyba tancem nazwac nie mozna :D Kto widzial Dirty Dancing - bylo identycznie jak w scenie kiedy Baby zanosila arbuzy i pierwszy raz widziala seks-taniec wszystkich pracujacych tam ludzi.
Po imprezie obowiazkowo pojechalismy do diner na sniadanie, byla godzina 4 rano, a restauracja pelna. Amerykanska tradycja - po imprezie wszyscy ida na wspolne sniadanie.
Niedziele spedzilismy na spaniu do 1, wspolnym polskim sniadaniu, a potem wszyscy (znajomi z ktorymi J. mieszka tez gosci) pojechalismy do downtown i ogladalismy final World Cup. Na koniec obiadek i J. odwiozla mnie na lotnisko, planowany lot godzina 8:15. Rzeczywisty wylot: 10:20.
Nigdy jeszcze nie mialam takiej przygody w samolocie, a latalam samolotami naprawde duzo. Najpierw opoznienie mialo byc godzine, ale wpuscili nas do samolotu po pol godzinie i mielismy startowac, tuz przed startem samolot sie zatrzymal i kapitan oznajmil ze sa jakies problemy (nie za bardzo rozumialam, ale chodzilo o pogode w NYC i o to, ze jest za duzo samolotow czekajacych do ladowania w Charlotte) i musimy czekac 2 godziny. Wszyscy oburzeni, bo utknelismy w smaolocie, bez jedzenia (mogli serwowac tylko napoje na pokladzie), wszystkie dzieci byly juz niecierpliwe a co dalej... Za mna siedziala pewna murzynka z dwuletnim chlopcem, a jak to murzynka to zaczela lamentowac, wiec nasluchalismy sie wszyscy i to sporo haha, a jej maly z nudow dostawal wariacji i rzucal we mnie swoimi skarpetkami (slodziak <3). Mimo wszystko wystartowalismy wczesniej, ale ja i tak bylam zestresowana, bo nie wiedzialam czy zdaze na ostatni pociag do CT. Rozmawialam z moim "sasiadem", ktory mi porzyczyl ladowarke, pocieszal mnie, ze zdaze spokojnie na pociag a potem zainteresowal sie programem au pair i na koniec powiedzial, ze musi dowiedziec sie szczegolow bo wyglada to interesujaco I BARDZO TANIO, wiec moze moglby tez zaprosic jakas au pair do siebie. W NYC bylam o 12 w nocy, zastanawialam sie czy wziac autobus czy taxi na GC (koszty, koszty...), ale ostatecznie stwierdzilam, ze nie chce sie blakac po Queens sama w nocy autobusem, wiec wsiadlam do taksowki i pedzilam na pociag. W domu bylam po 2 w nocy, padnieta na maxa jedyne na co mialam sily to pasc na wyro i zasnac ;)
Weekend bardzo udany i az dziwnie bylo wracac do rzeczywistosci.
Wrzucam troszke zdjec i koncze, reszta nastepnym razem!

Startowanie przy zachodzie slonca

Mgla okropna, wiec ledwo co widac, ale jak sie przypatrzycie to widac Central Park ^^

Downtown Charlotte przy pelni ksiezyca, ladowanie
Polskie zarlo! Znowu bigos, cos mi spokoju ten bigos nie daje :P

W drodze na koncert

Ta czesc Charlotte to cale ich centrum i jedyne z "wierzowcow" jakie maja, miasto jest o wiele spokojniejsze nic NYC;)
Przed koncertem, placisz 5$ i masz fotke z Justinem :D

Podekscytowana ja z biletami <3

Czekaaaamy, czekaaaamy (30 min opoznienia)

O jest! Widac go!

Tu plakalam <3


Laseczki po koncercie

Sniadanko? (moje sa wafle w tle, pychoootka!)
Wierne kibole! "-Nadia, to komu kibicujemy?
-Ja kibicuje niemcom, bo maja dwoch polakow w druzynie!" <3

Pozegnalny obiad. 

Przy ladowaniu mialam najwspalnialszy widok na Manhattan jaki mozna sobie wyobrazic, ale mialam rozladowany tel, wiec jedyne zdjecie jakie zrobilam to mega pusty GC, jakiego jeszcze nie widzialam.
Mam nadzieje, ze u was wszystko w porzadku, a dla tych, ktorzy ciagle czekaja na swoja PM, sezon letni przynosi duzo ciewakych rodzin :) Nadal czekam na jakas duszyczke z PL, ktora trafi do mojego clustera! (tak, jestem jedyna polka w moim clusterze :P)

Buziaki!
N.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Happy Birthday to me!

W Polsce mam urodziny już od 5,5 godziny, w USA urodziny będę mieć za 30 minut. Wow. W jednym kraju mam 21 lat, a w drugim ciągle jeszcze 20! Oczywiście wszyscy wiemy, że to tak nie działa ;)

Przyszła pora i na mnie, w końcu dobiłam pełnoletności w USA! Żegnaj świecie Au Pair, witaj Niekończąca Się Imprezo!!!! - haha taki żarcik ;) Nie popadajmy w skrajności w skrajność. No ale, co jak co drugi raz w życiu osiągam pełnoletność, znowu będę mogła poczuć się  dumna pokazując swój dowód w sklepie i myśląc "już mogę legalnie kupić to piwo, nie patrz tak na mnie!"

Życzę sobie, żeby ten rok był naprawdę MÓJ, żeby moja bucket list robiła się coraz dłuższa od nowych rzeczy i żeby robiła się coraz bardziej pokreślona od rzeczy już "done". Życzę sobie również powodzenia w planowaniu przyszłości i żeby cokolwiek wymyślę zadowoliło mnie i skończyło sukcesem. Życzę sobie też zdrówka, szczęścia, pomyślności i spełnienia każdego marzenia. A raczej samozaparcia w dążeniu do ich spełnienia. No i więcej motywacji i chęci do rozbudowywania mojego związku z siłownią, która ostatnio mnie unika...

Dzięki, Google+ :)
W tym tygodniu postaram się nadrobić zaległości, a jest co opowiadać ;)
Buziaki!
N.

poniedziałek, 7 lipca 2014

4th of July and how americans love America

4.07.
Każdy Amerykanin świruje na punkcie tego dnia. Domy ozdabiane są flagami i balonikami już na tydzień przed tym "wielkim dniem". Dzień niepodległości i tak dalej. Szczerze? Ja to odczułam jako dzień pokazywania sobie nawzajem jacy to oni nie są dumni z bycia amerykanami. Ale hola, nie zrozumcie mnie źle, bo bycie patriotą jest bardzo dobrą sprawą, no, chyba, że ktoś to robi tylko na pokaz ;) Nie wiem, może nie mylę, ale naprawdę odczułam całą tą sprawę jako konkurs na "kto będzie miał większą flagę, kto ubierze jak najwięcej ciuchów z flagą, kto zrobi głośniejszą imprezę, kto będzie miał fajniejsze fajerwerki". Mimo wszystko oczko się cieszyło, kiedy widziałam dosłownie wszystko w kolory niebieskie-biale-czerwone czy gwiazdki.

W piątek pojechałam z Berenice do Stamford na lunch i mecz Niemcy-Francja, żeby dopingować francuską drużynę, która niestety przegrała. B. była chyba jedyną Francuzką w naszej restauracji haha. Jako, że nie miałyśmy planów na wieczór, starałyśmy się coś wymyślić, ale szło nam to opornie. Do czasu kiedy inna au pair napisała, że jej kumpel (który okazał się później jej chłopakiem :P) organizuje małą imprezę i jeśli chcemy możemy dołączyć. Tak więc każda z nas pojechała do domu i umówiłyśmy się, że przyjadę po B. ok 8. Kiedy zajechałyśmy na miejsce, okazało się, że koleś mieszka tuż nad wodą, nie był to ocean, raczej jakaś mała zatoka, ale widoki i tak cudowne! Nie było nas dużo, kilka dziewczyn, kilka chłopaków, ale atmosfera bardzo miła. Była muzyka, były hamburgery, było piwo, beer-pong, a nawet wódka. Jak się chłopacy dowiedzieli, że jestem z Polski to powiedzieli "o, to umiesz pić wódkę, musisz z nami wypić!" Niestety nie dziś - kierowałam ;) Tak czy siak, bawiłam się dobrze i razem z L. śmiałyśmy się z reszty kiedy już mieli wystarczająco dużo wypite, żeby zachowywać się śmiesznie. Niestety ok 12 się wszyscy pokończyli, więc razem z B. pomogłyśmy L. posprzątać i wróciłyśmy do domu - śpiewając po drodze wszystkie piosenki jakie leciały w radiu :D

Niestety wszystkie zdjęcia ma L. i mi jeszcze nie wysłała


Sobotę spędziłam z host rodziną. Po lunchu pojechaliśmy do klubu jachtowego, gdzie wieczorem mieliśmy dinner. Spędziliśmy czas na łódce, a potem na BBQ. Wieczorem pojechaliśmy do miejscowego High School, żeby zobaczyć pokaz fajerwerków.


Widok na Stamford

Dobra, jak powiększycie sobie zdjęcie i BARDZO MOCNO się przyjrzycie, to w oddali zobaczycie Manhattan ^^ Zdjęcie niestety jeszcze bardziej go oddaliło, ale jest tam! Widziałam :P

Początek BBQ, wszystko w amerykańskie barwy

Nachosy z salsą i guacamole i paluszki z mozarelli, mniam!

Ten pan grał "do kotleta" (którego nie było :(), śpiewał różne znane i mniej znane piosenki, ale przez jego głos i gitarę, każda piosenka miała charaker country xD

Kurczak BBQ, cheeseburger, sałatka ziemniaczana, jakaś inna z ciecierzycą i lemoniada 

I na deser - brownie i ciasteczka

Tłumy przed pokazem

Trochę rozrywki dla zabicia czasu



Na niedziele miałyśmy z B. zaplanowany plażing i smażing all day long. Pojechałyśmy na plażę do Norwalk, na której jeszcze nie byłam. Całkiem fajna, jedna z większych jakie tu odwiedziłam, no i klimat trochę jak w Polsce :) Lunch zjadłyśmy w moim ulubionym sushi barze, a wieczorem po plażingu pojechałyśmy na Iced Latte i podziwiać widoki z innej plaży w Norwalk.

"Gotowana kukurydza!!!" chciało by się usłyszeć :P



Na całym wybrzeżu fancy domki, niektóre naprawdę piękne ale i też olbrzymie!



Teraz mi zostało pakowanie do NC, czekanie na powrót Domi i planowanie Chicago!
Buziaki!
N.