środa, 23 kwietnia 2014

first days with host family

Moment w którym orientation dobiegło końca, a ja mialam stres razy tysiąc przed spotkaniem z host family, jest nie do opisania. Fakt faktem, że jestem osobą, która wyolbrzymia stres, ale nic nie poradzę ;) Z biura odebrała mnie obecna au pair razem ze starsza dziewczynką (dziwnie się czuje nazywając je "dziewczynkami" bo już wcale takie małe nie są!) Pierwsze dwa dni były mega krępujące, hostów więcej nie było niż byli, a ja myślałam tylko "a gdzie nasza rozmowa, gdzie budowanie dobrej komunikacji???". Poprzednia au pair była ze mną tydzień. Pokazała mi jak używać wszelkie urządzenia, co kupować, co lubią jeść dziewczynki (zwłaszcza ta młodsza jest bardzo wybredna jeśli chodzi o jedzenie), udzieliła mi kilka rad i oczywiście dotrzymywala mi towarzystwa. Nie mogę narzekać na nią bo w wielu rzeczach mi bardzo pomogła, ale prawda jest taka, że jak tylko wyjechała, atmosfera w domu zrobiła się zupełnie inna, lepsza. Ona nie należy do osób towarzyskich, rozgadanych. Cały swój wolny czas spedzala na oglądaniu serialow i odcinala się od host family. I oni też przy niej byli zamknięci w sobie, tak mi się wydaje. Dzisiaj był pierwszy wieczór bez niej, sama zrobiłam kolację dla dziewczyn i byliśmy sami. Pojęcia nie macie jaka była różnica! Dziewczyny zjadły całą kolację (plus dla mnie haha), hostka rozgadana, roześmiana, a host mniej zamkniety w sobie i bardziej rozgadany. Od razu omówilismy kilka ważnych spraw (jak np to że mam nie być pobłażliwa dla dziewczyn jak to robiła poprzednia au pair) i spędziliśmy razem miły wieczór jedząc sernik, bo jak to L. od progu krzyczała "today is international cheesecake day!!". Dodam, że jest wielka miłośniczką serników :)

Podsumowując, przez pierwszy tydzień było z dnia na dzień coraz lepiej, ale dzisiaj czuje, że będzie jeszcze lepiej!

Święta... A to były w ogóle jakieś święta??? Moi hosci nie obchodzili ich z hukiem. Rano przy śniadaniu każdy dostał paczkę, później pojechali do kościoła a potem do dziadków, a au pairki w domu. Poszłam z byłą au pair i jej koleżanką na lody i było całkiem miło :)

Nie rozpisuję się, bo pisze na tel (z tego mogą pojawiać się błędy i braki interpunkcji), myślę, że po krótce napisałam o wszystkim. Żyję jestem tu nadal i nie zamierzam uciekać :)

Buziaki!
xoxo,
(żadna gossipgirl)
N.

środa, 16 kwietnia 2014

hello from the us/orientation time

Stało się. Przekroczyłam ocean i oto jestem.
Czuję się... Jakbym pojechała na wakacje, dlatego pewnie wszystko jest takie zadziwiająco normalne. I dlatego też tęsknota przyjdzie za jakiś czas kiedy wszystko do mnie na spokojnie dotrze :)

Lot.
Dziewczyny, bezpośredni lot ma swoje plusy i minusy. Tyłek boli od ciągłego siedzenia, dlatego co godzine czy chcesz czy nie chcesz idziesz do WC :P Fajne jest to, że oglądasz filmy, programy, słuchasz muzyki i nie wiadomo kiedy czas leci. Nie, wcale tak nie jest. Chciałybyśmy! Niestety te 9 godzin dłuży się niesamowicie i chociaż robiłam co mogłam (czyli filmy, muzyka plus rozmowy z dziewczynami - które na szczęście miałam ze sobą!), czułam się jakbym leciała trzy razy dłużej. Przez 3/4 lotu czas lokalny: 18.00 To zabawne, bo goniliśmy słońce przez co cały czas "była" ta sama godzina. Z drugiej strony nie dało się przez to zasnąć...
Na lotnisku dość długo szukałyśmy kogoś z biura, aż w końcu udało sięt odnaleźć i całe, zdrowe, zmarznięte i głodne trafiłyśmy do mega cudownego hotelu. Serio, można mówić co się chce, ale APiA ma szkolenie w naprawdę ZAJEBISTYM hotelu :)



Orientation.
Pierwszej nocy położyłam się jakoś po północy, ale już ok 4 rano miałam oczy otwarte i o spaniu mogłam zapomnieć. Zmiana strefy czasowej robi swoje jak widać. Podłączyłam wifi i przyszedł czas na pierwsze wysłane wiadomości zza oceanu :)
Wykłady prowadzi Jody. Już po pierwszych 30minutach stwierdziłam, że ją lubie. Podoba mi się jej podejście do au pairs i sposób, w jaki mówi. I oczywiście CO mówi. Zaczęła od tego, co znaczy bycie au pair, co każda z nas przechodzi, jak się czujemy, uświadomiła nam wszystkim, że każda z nas przeżywa dokładnie to samo. Połowa z nas się popłakała, nie było smutno, było wesoło! Ale babka mówiła takie rzeczy, że naprawdę łezka sama poleciała :) Dlatego w tym momencie, jak spotkam jakąkolwiek osobę, która miała orientation z APiA i powie ona, że to jest nudne, to osobiście skopie tej osobie tyłek. Amen.
Dzisiaj mieliśmy pierwszą pomoc (babka i smieszny murzyn - świetny zespół!). Szkolenie samo w sobie nudne, bo wszystko już wiedziałam wcześniej, no oprócz małych różnic pomiędzy pierwszą pomocą w PL a w USA. Dalej znowu była Jody. Lubie to, że opowiada nam dużo historii. Wszystkie zwązane z au pair lub host family.

Z ukrycia - telefony mają być wyłączone

Te dziewczyny są z Korei(nie pamiętam której) i specjalnie dla nas ubraly
 te niewygodne stroje żebyśmy mogly zrobić sobie z nimi fotki, bo wiedzą że
rzadko zdarza się okazja żeby ktoś zobaczył prawdziwy koreański strój ludowy :) 

A to część naszej silnej grupy podczas jednej z 15minutowych przerw :)
Dziewczyny na pierwszym planie to Polki.


Roommate.
Mam pokój z dziewczyną z Brazyli, nie wiem sama co o niej myślę, chyba jest "little crazy" - dokładnie to pomyślałam kiedy po prysznicu wyleciała totalnie nago i chodziła tak po pokoju szukając ciuchów i balsamując się (dodam, że wcale nie jest zgrabna i szczupła, jest dwa razy taka jak ja! Czyli trzy razy taka jak przeciętna, szczczupła osoba :P) Druga dziewczyna jest z Jamajki. Troszkę ciężko mi ją zrozumieć, ale czasem zdarzy nam się dłużej pogadać. Także ogólnie nie mogę na dziewczyny narzekać, przynajmniej nie są to dwie niemki, które są ze mną w pokoju i gadaja po niemiecku ;) Dziewczyny też jadą do CT, więc może będziemy się spotykać - kto wie!




Jedzenie.
Ktoś mi pisał, że jedzienie w DoubleTree jest dobre. Miał totalną rację! Inaczej skomponowane niż w PL, ale jest dobre. Minus dla nich za to, że posiłki są tylko trzy i to co 6 godzin - z głodu można umrzeć! :D Dzisiaj powiedziałam dwie rzeczy, pierwsza: ze powinni w połowie wykładów między śniadaniem a lunchem (i tak samo między lunchem a dinnerem) dać jakieś owoce,  ciasteczka, hebatę czy coś. Druga: że zjadłabym pizze (tak poważnie to ja na pizzę mam ochotę nawet jak śpię:P no ale powiedziałam)
Zgadnijcie co? Po lunchu dostałyśmy ciasteczka, i co? Na dinner była pizza! :D Dziewczyny się smiały, że ktoś z obsługi zna polski i słyszał jak to wszystko mówię haha. Prawda jest taka, że jestem czarodziejką i zaczarowałam kucharzy, żeby dali ciasteczka i pizzę. Ale ciii, nikt nic nie wie :)





NYC.
Według mnie - starata kasy. Gdyby hości nie kupili mi tej wycieczki, to bym nie pojechała - i nic bym nie straciła! Dziewczyny!
Te z was, które będą w miarę blisko NYC nie kupujcie za swoja kase tej wycieczki, bo tylko będziecie złe na siebie. A te, które jadą daleko od NYC, myślcie nad tym, żeby wbić na weekend do NYC i spotkać się z jakąś au pair, która pokaże wam to co najważniejsze w jeden weekend. Zobaczycie i tak więcej przez dwa dni, niż na tej wycieczce przez 2godziny. TO MOJA RADA.
Przewodnik super, koleś mega pozytywny i zabawny, troche chaotyczny ale mnie się poodbało to jak opowiadał!
Mieliśmy 45min żeby wejść na dach Rockefeller, później przejazd przez najważniejsze ulice NYC, pół godziny dla siebie na Times Square, oglądanie miasta zza szyby autobusu (dodam, że cały czas mega lało), szybkie kuknięcie na Statuę Wolności i spadówka do hotelu - wszyscy śpią.
Jody wyjaśniła dzisiaj dlaczego to jest tak szybko "przyjeżdzacie do NYC na Orientation, zwiedzanie centrum jest tylko dla was małym dodatkiem, nie oczekujcie, że będziecie mieć całe 4dni na chodzenie po Manhattanie". Zgadzam się z tym, mimo wszystko!

Time Square w porze przednocnej ;)

Nowy Jork z dachu Rockefeller :)

Central Park z dachu Rockefeller :)

Pierwsze wydane dolary, pierwsze wyjście rdo amerykańskiego sklepu, pierwsza rozmowa z polkami po angielsku - wszystko już za mną :) powiem szczerze, że nie umiałam sobie wyobrazić jak to ma być, że wychodzę z polkami i jeszcze z kimś z innego kraju (dzisiaj była to Niemka) i rozmawiamy po angielsku. Dziwne uczucie ale po dwóch dniach nasluchiwania się angielskiego i innych obcych języków, chyba nawet nie odczułam tego ;)

Jutro spotkanie z host family! Trochę mam nerwa i stresa, ale kim bym była, gdybym była spokojna? Na pewno nie sobą :p

Buziaki!
N.

niedziela, 13 kwietnia 2014

packing, crying, smiling and be excited!

A więc nadszedł czas na notkę o pakowaniu.
Co tu dużo mówić? Myślałam, że wcale nie chce zabrać za dużo, a okazało się, że coś musiałam odłożyć (waga turystyczna się przydaje!). Najwięcej ważą książki, przewodniki i słowniki, ale nie mogłam ich nie zabrać :)
Walizki. Dużą wzięłam z domu, wymiary pasują, wytrzymała jest (na tyle na ile), więc stwierdziłam, że niepotrzebnie wydawać kasę na nową. Małą na bagaż podręczny kupiłam na allegro i jestem z niej mega zadowolona :)
Cześć Stopo, która wtryniasz się do zdjęcia.

Książki, płyty, przewodniki, czyli coś z czym Nadia się nie rozstaje - spakowane! :)
Było naprawdę ciężko wybrać tylko kilka płyt z całej mojej kolekcji... 

Jak widać o podpaskach też nie zapomniałam ;)





Prezenty dla hostów też zapakowane, trochę w torbie zgniecione, ale mam nadzieję, że przeżyją! Dodatkowo dla host parents tata mi dał książkę o mojej gminie. Głównie zdjęcia z opisami po angielsku, dużo waży, ale ładne :) (zdjęcia niestety zapomniałam zrobić...)


Dolary też już gotowe :)


Proszę Państwa, będziemy mieć na pokładzie dodatkowego pasażera! Pan Antek się kłania - prezent od sąsiadki, żeby ktoś nade mną czuwał i mnie pilnował. Kochana! <3 Jest ze mną w portfelu, wierze, że będzie działał! (przyp.autora: Św. Antoni to patron podróżnych i rzeczy zagubionych "coby to ci bagaż nie zaginął!")



Co do pożegnań... Myślałam, że jestem silna, że nie będzie mi aż tak trudno, bo w końcu spełniam marzenie i tak dalej. Ale jest cholernie ciężko żegnać się z osobami, z którymi przebywało się od paru lat dzień w dzień. Wczoraj moje dziewczyny kochane przygotowały imprezę niespodziankę (która niespodzianką nie była, ale to nie jest niczyja wina :) ), ognisko, dużo znajomych, głośna muzyka no i MY. Tego samego wieczoru był chrzest mojego małego syneczka (tak, zostałam matką chrzestną o czym już chyba tutaj gdzieś pisałam). Także rozdwoiłam się i zaliczyłam dwie ważne imprezy w jeden wieczór :) Będę go wspominać baaaardzo dobrze, nawet bym powiedziała, że lepiej być nie mogło. 

Rodzice i rodzice chrzestni, no i on, mój Bąbelek kochany <3

Szalona Czwórka, zawsze razem, nierozłączne, a tu nagle jednej zabraknie...

 A dziś, skoro to dzień pożegnań, płaczu, rozpaczy i ogólnego rozjebania emocjonalnego, nie mogło zabraknąć "ostatniego wspólnego ZDROWEGO obiadku". McDonald's wita!




Ogólnie chciałam się bardziej rozpisać, ale pisanie o emocjach to nie moja bajka (Moniś, jeśli to czytasz to wiesz o czym mówię :* ). Za duży chaos, za dużo wszystkiego, za dużo skrajności i mętliku w sercu. Ula fajnie to sformułowała jakoś na początku tygodnia "do poniedziałku chaos, w poniedziałek-armagedon". Myślę, że to będzie racja. Najgorsze pożegnanie czeka mnie na lotnisku, ale o tym nawet nie chcę myśleć.

To co, nadszedł czas na te cudowne słowa "następna notka zza oceanu!". 
O rany.
TO SIĘ DZIEJE!

Życzcie mi powodzenia, trzymajcie kciuki i nie płaczcie, tak jak ja to robię dzisiaj cały dzień!



Buziaki!
N.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Contact with me

Zauważyłam, że część z was zadaje mi czasem pytania w komentarzach, więc ja odpowiadam na nie również w komentarzach. Nie wiem czy je odczytujecie, znajdujecie itp, dlatego postanowiłam zmodernizować trochę mojego bloga i dołączyłam zakładkę "skontaktuj się ze mną". Znajdziecie ją po lewej stronie na dole (nad banerem blogów aupairskich). Piszcie śmiało, a ja postaram się mądrze odpisywać :)

Buziaki!
N.

sobota, 5 kwietnia 2014

Flight details, one way ticket & stuff

Wczoraj na moim profilu pojawiły się szczegóły dotyczące mojego lotu. O kurczaki, to tuż tuż!
Lot bezpośredni, z Warszawy, z dwoma polskimi aupairkami na pokładzie :) Kamień z serca, że będą ze mną dwie duszyczki, razem raźniej!


Spędzając piątkowy wieczór z przyjaciółmi uświadomiłam sobie, że niedługo już nie będziemy się spotykać. Mimo, że robiliśmy zwyczajne rzeczy i śmialiśmy się ze swoich żartów, ja chłonęłam wszystko dwa razy mocniej niż normalnie. Jeszcze do mnie nie dociera, że jadę. Jakoś nie umiem w to uwierzyć, ale moja podświadomość chyba sama powoli szykuje się na ten wielki skok. Rozmowa z P. nie ułatwiła mi zadania, ale przynajmniej wiem, że muszę się psychicznie przygotować, bo łatwo nie będzie. A na lotnisko chyba odpuszczę serwowanie sobie makijażu - po co mam później być cała rozmazana :)

Spełniasz marzenia, Nadia, uwierz w to!

Buziaki!
N.