W zeszły piątek nadszedł dzień, kiedy to miałyśmy w piątkę (ja, L., J. i ich dwie koleżanki) wyruszyć w pierwszą wycieczkę. Naszym celem było "Lake Compounce Theme Park" , park rozrywki z różnymi grami, kolejkami jak i parkiem wodnym. Rano tuż przed wyjazdem okazało się, że koleżanka L. nie może jechać, więc i ona zrezygnowała (ahh te nastolatki). Po rozmowie z hostką, zostawiłyśmy L. w domu i razem z J. i jej koleżanką ruszyłyśmy w drogę. Park znajduje się trochę ponad godzinę jazdy autem od mojej miejscowości- cały czas autostradą, a widoki boskie! Trochę jak w naszych polskich górach, ale nie tak górzyście :P Było mega gorąco i było mega dużo ludzi, wysmarowałyśmy się sunblockerem i ruszyłyśmy w kierunku pierwszej kolejki do kolejki, w której stałyśmy 40min. Ogólnie park jest całkiem fajny, ma trochę odjazdowych rollercoasterów na które bałabym się wsiąść, są też takie lżejsze kolejki no i takie całkiem dla dzieci.
 |
| Gigant Wheel |
 |
| I widok z niego ;) |
Spędziłyśmy w parku cztery godziny, a potem dziewczyny postanowiły zrobić przerwę na lunch. Wybrałyśmy oczywiście pizzę :D Była nieziemsko dobra! Po lunchu zdecydowałyśmy, że jesteśmy tak zmęczone i najedzone, że chcemy wracać do domu. J. czekało jeszcze wieczorne pakowanie, bo w sobotę od rana jechała na obóz. Spakowałyśmy się do auta i wróciłyśmy do domu. I tak minął mi piątek.
 |
| PIZZA <3 |
W sobotę od rana planowałam pójść na plażę, ale A. napisała, że potrzebuje lodów i rozmowy na pocieszenie (powiedziała hostom, że chce iść w rematch), więc wybrałam się z nią na ulubione froyo i długie pogaduchy.
Potem A. musiała jechać na kolejną rozmowę z host mum, więc ja poczekałam na nią w domu, a potem pojechałyśmy na plażę korzystać z pięknej pogody.
Kiedy spiekłyśmy nasze ryjki na skwarki stwierdziłyśmy, że należy nam się kino. Poszłyśmy z zamiarem obejrzenia "Neighbours", ale okazało się, że nie grają o tej godzinie więc poszłyśmy na "The fault in our stars". Piekny film, ryczałam jak wół xd Teraz mam zamiar książkę przeczytać. Nienawidzę czytać książki po obejrzeniu filmu, ale to był spontaniczny wypad do kina, a że mi się spodobał film to MUSZĘ przeczytać i książkę! :D Na szczęście L. ma ją na swojej półce i obiecała mi pożyczyć :)
W niedziele miałam zaplanowany wypad do NYC z Domi. W weekend odbywał się "Big Apple BBQ" na który koniecznie chciałam iść zerknąć. Umówiłyśmy się na Grand Central ok 12 - to głupie, że mój pociąg przejeżdża przez miejscowość Domi, ale się nie zatrzymuje -.- Kolejny dzień było mega gorąco, ale to nie przeszkadzało ludziom wybrać się na BBQ. Były tłumy, długie kolejki do każdego stoiska, ale była też muzyka, ładna pogoda (dobra, pogoda była aż za ładna xd) i dobre humory.
 |
| Mnóstwo stoisk, każe podaje co innego, ale wszystko z grilla, wołowina, wieprzowina, a nawet kurczak. |
 |
| Świniok. Można było spróbować, więc podeszłyśmy z D. i dostałyśmy trochę dobrego mięska. |
 |
| Prawdziwa lemoniada! Zaszalałyśmy i kupiłyśmy sobie - PYSZNAAA :D |
 |
| Muzyka na żywo. |
 |
| Gorąco od słońca, gorąco od ludzi, gorąco od ulic, gorąco od grillów. |
W końcu zdecydowałyśmy, że chcemy żeberko i ustawiłyśmy się w kolejce- długiej kolejce. Tuż przy kasach ogarnęłyśmy, że to nie to stoisko haha ale już nie chciałyśmy iść do kolejnej długiej kolejki i wzięłyśmy to, co podawali. Poszłyśmy do parku i w małym skrawku cienia zjadłyśmy nasz lunch i odpoczęłyśmy trochę. Później obeszłyśmy jeszcze park, chwile posłuchałyśmy jak śpiewa jakiś duet, próbowałyśmy trochę potańczyć i z planem odwiedzenia Brooklyn Bridge wyszłyśmy z Madison Square Park opuszczając festiwalowe klimaty.
 |
| Lunch time! |
 |
| Dance dance dance! |
 |
| Może nowe autko? |
Spacerowałyśmy w upale z wodą w ręce w kierunku Penn Station, gdzie postanowiłyśmy odwiedzić zarekomendowane przez Domi hostkę "Krispy Kreme" - ponoć najlepsze donuty w całym Nowym Jorku (były MEGA pyszne!)
 |
| omnomnomnomnom |
Wsiadłyśmy w metro i na Brooklyn! Spacer mostem był przyjemny. Przynajmniej dopóki nie spojrzałam w dół i pomiędzy DESKAMI zobaczyłam, że mam pod sobą wodę. Okay, była daleko pode mną, ale spodziewałam się zobaczyć asfalt jako, że po obu moich stronach trochę w dole była ulica. A tu proszę, WODA. Od razu złapałam Domi za rękę i chciałam już jak najszybciej skończyć ten spacer :P Mimo to fajnie było przejść się, pooglądać trochę miasto, powpadać na innych ludzi i o mało nie zostać potrąconym przez rowerzystów. Trochę mnie wzruszenie chwyciło jak tak się rozglądałam, nie wiem dlaczego akurat wtedy, ale patrząc na ten most dotarło do mnie gdzie jestem i co robię i było mi jakoś tak... szczęśliwie smutno, że mi się udało, że w końcu tu jestem, w tej "cudownej ameryce". To był mój drugi raz, kiedy moja podświadomośc zderzyła się z rzeczywistością. Na ogół żyję tutaj jak w bańce mydlanej, totalnie nie czuję, że jestem gdzie jestem. Myślę, że większość z was mnie rozumie, przynajmniej ta, która już też jest w USA :)



Nie obyło się bez głupkowatego humoru (może to była jakaś eksplozja szczęścia) i schodząc z mostu śpiewałyśmy z Domi "gdy strumyk płynie z wolna". Piątka D.! Turyści się patrzyli jak na wariatki, mieszkańcy Nowego Jorku mieli nas gdzieś :D Schodząc z mostu zauważyłyśmy też cudowną karuzelę, więc od razu skierowałyśmy się w jej stronę. Jest to tradycyjna i bardzo śliczna karuzela zbudowana w 1922roku, także no zabytek. Ale działa! I przejażdżka kosztuje - uwaga - 2$ ;) Po drodze spotkałyśmy chyba z pięć par młodych, a gdy doszłyśmy na miejsce akurat szykowała się ceremonia ślubna. Byłyśmy z D. bardzo wzruszone, mieli orkiestrę, która grała im nowoczesne utwory miłosne i wszystko było takie...śliczne. W sumie cała ceremonia była mega skromna, ale sam fakt, że wszystko działo się w akompaniamencie tych grajków i na tle Mostu Brooklyńskiego i Manhattanu... AHHH <3 Jak się później okazało, była to para lesbijek, scena jak z filmu :) Wsiadłyśmy z Dominiką na karuzelę i cieszyłyśmy się jak dzieci z tej przejażdżki :D
 |
| Brooklyn. |
 |
| Widoczek z parku na Manhattan Bridge |
 |
| Karuzela |
 |
| Jedna z Młodych Par ;) |
 |
| Tuż przed ceremonią |
 |
| Panny Młode - wzruszone i szczęśliwe, a za nimi Manhattan. |
 |
| A to radość obudzonego we mnie dziecka :D |
Chciałyśmy jeszcze położyć się na trawie i odpocząć, ale nie było czasu, robiło się późno, a ja musiałam wcześniej wrócić do domu. Wsiadłyśmy w metro i wróciłyśmy na Times Square, gdzie była wyświetlana relacja z rozdania TONY Awards, oczywiście była też ścianka, a my jako gwiazdy Nowego Jorku nie mogłyśmy sobie NIE zrobić zdjęcia :D

Mam jeszcze fotkę z sexy policjantami, ale D. mi jeszcze nie wysłała zdjęć :( Potem poszłyśmy do M&M Store, gdzie D. chciała kupić M&M'sy dla brata, co też zrobiła i ja też kupiłam troszkę dla siebie ^^ Wtedy nadszedł czas się pożegnać, bo ja musiałam pędzić na pociąg a Domi jeszcze została, żeby kupić pierdołki do domu (szczęściara jedzie na wakacje do Polski).
Ja po powrocie do domu miałam zaplanować nasz tydzień z L., ale tego nie zrobiłyśmy. Byłam tak zmęczona, że myślałam, że padne, a i ona nie była zbytnio zainteresowana współpracą. Dlatego deszczowy poniedziałek spędziłyśmy w domu, a na dzisiaj wymyśliłyśmy małe zakupy, odwiedziny w bibliotece i wypad na Bowling - bo znowu ma padać. Dogadałyśmy się też na hiking na środę, a co dalej to zobaczymy.
Kolejny wtorek, cleaning ladies znowu hałasują, a ja zastanawiam kiedy ten czas tak leci... Powoli muszę planować wakacje, ale będę miała z tym problem, bo hości jeszcze nie wiedzą kiedy, gdzie i na ile zabierają L. a potem J., także jestem troche od nich uzależniona. Co mnie nie cieszy, bo jeśli będę kupować bilety lotnicze na ostatnią chwilę to niestety zapłacę mega dużo ;/ Zna ktoś z was może jakąś stronkę z lotami "last minute"? Bo z tego co słyszałam, to amerykanie tego nie stosują -.- Co mnie dobija haha.
Pozdrowienia i buziaki z CT! W którym pada i jest zimno, a w Polszy ponoć 30stopni!
N.
P.S. Kasia mnie zapytała pod ostatnią notką jak traktuje dziewczyny i jak się z nimi dogaduje. Hm. Ciężko odpowiedzieć. Nie traktuję ich jak dzieci, ale też nie jak moje młodsze rodzeństwo. I nie traktuję ich jak koleżanek. To chyba można nazwać relacją typowo au pair- dziecko, bo czasem gadamy jak koleżanki o różnych rzeczach, a czasem proszę ją o wrzucenie prania do kosza jak opiekunka ;) Nie kłócą się tak, żeby stawiać cały dom na nogi, raczej czasem zdarzy im się jakaś sprzeczka, ale rozwiązują to zawsze między sobą. Co do wieku. Na zdjęciu w poprzedniej notce po lewej stronie jest J.(12) a w środku L.(13,5), po prawej jestem ja :D