Wniosek złożony, zalogowałam się na tej dziwnej stronie, zapłaciłam za wizę i umówiłam się na spotkanie - poniedziałek, 10.03 godzina 9:30. (wszystkie potrzebne linki wysyłała mi A., albo też brałam z bloga M.: klik )
Początkowo miałam jechać w niedziele wieczorem razem z tatą i nocować u naszych znajomych, ale ostatecznie tata powiedział, że wystarczy jak wyjedziemy przed 6. Stres oczywiście miałam już w niedziele wieczorem, mdłości, nie mogłam spać, chyba piętnaście razy sprawdzałam, czy mam wszystko w teczce, co powinnam mieć. A miałam tak:
*paszport
*dowód osobisty
*DS-2019 (to ten ze zdjęciem wizowym i kodem kreskowym - nie musi być drukowane przez laserową drukarkę - A. :P )
*SEVIS (to ten z kodem J1)
*potwierdzenie umówienia się na spotkanie wizowe
*potwierdzenie zapłacenia przez moją Host Family - sama nie wiem czego, ale czegoś za 35$ :D
*list z APiA potwierdzający, że mam umowę z moją HF
*essay mojej HF z ich profilu
*mój schedule
*wszystkie referencje
*potwierdzenie przelewu za wizę (wydrukowałam z mojego konta bankowego)
Szczerze? Stresowałam się, że nie zabrałam umowy z obecnej pracy ani świadectwa ukończenia szkoły. A tak na prawdę jedyne co mi było potrzebne to DS, SEVIS i paszport.
Do Warszawy wjechaliśmy przed 9, ale moja GENIALNA nawigacja poprowadziła nas przez całe miasto, potem za miasto i chciała nas wysadzić w lesie na jakimś osiedlu oznajmiając "jesteś u celu". Cały stres, jaki w sobie miałam oraz śniadanie wirujące mi w brzuchu - wszystko ucichło. Mówię, no trudno, nie zdążę. Co ma być to będzie. Wpisałam od nowa miejsce i jedziemy, już bez stresu. Pod Ambasadą byłam o 9:30. Długo na dworze nie stałam na szczęście :)
Myślę, że każdy zna procedury. Weszłam, skanowanie, czekanie w kolejce, rejestracja, numerek, a potem czekanie prawie godzinę na swoją kolej ;) Przeczytałam dwa razy spis praw, które dostałam, obejrzałam trzy razy film, który był wyświetlany w poczekalni. W końcu wybiło "A109 > 10"
Mój konsul wyglądał jak typowy Anglik, śmieję się, że można by go pomylić z księciem Williamem ;)
Podeszłam, uśmiech w stronę "księcia" HI-HI, skanowanie paluszków i jazda (od razu po angielsku - tym razem bez brytyjskiego akcentu!) :
-Poproszę dokumenty.
-<podaję tylko DS, SEVIS i mój paszport>
-Dlaczego chce Pani pojechać do USA?
-Jako au pair.
-Czy ma Pani doświadczenie w opiece nad dziećmi?
-Tak, mam.
-Proszę je opisać.
-<po krótce wymieniam moje doświadczenie>
-Może pani opisać swoją Host Family?
-Jasne, <tata, mama, dziewczynki, praca, wiek, dobry kontakt i wspólne zainteresowania - wszystko zgodnie z prawdą! ;)>
-Świetnie, czym się Pani zajmuje obecnie?
-Rok temu skończyłam szkołę i aktualnie pracuję. W marcu kończę pracę i lecę do USA.... Mam nadzieje <uśmiech>
-HAHA OK. To czym zajmują się Pani rodzice?
-<krótko, ale rzeczowo>
-OK. Your visa is approved. <a potem zaczął szybko gadać o moich prawach, które mam na karteczce i żebym sobie poczytała i miała to ze sobą, wtrąciłam, że już czytałam, uśmiech-uśmiech, miłej podróży, powodzenia>
-<stoję wmurowana> eee. To wszystko?
-Tak, proszę bardzo. Powodzenia! <uśmiech>
-<banan na ryju> dzięki dzięki! Miłego dnia! <bach, i już mnie nie ma>
Po całej rozmowie szłam rozradowana ulicami Warszawy, słońce pięknie świeciło, a ja w głowie miałam jedno słowo "RELIEF". Świat wydaje się 655792 razy piękniejszy jak człowiek się niczym nie stresuje :D
Dołączyłam do taty, który jadł już "lunch" (ahh ale Hamerykańsko w tej Warszawce!), więc zamówiłam przepyszną sałatkę ze szpinaku:
W pewnym momencie przy stoliku obok usiedli dwaj starsi panowie. Tata do mnie: poznajesz? A ja oczywiście brak pamięci do twarzy, gapie się i mówię, że nie. Tomaszewski, były bramkarz, kojarzycie? Ja też nie :P Ale w każdym razie tata podbił, zagadał i dostał pamiątkę dla mojego brata:
![]() |
| Bo to przecież coś ekstra mega zajefajne spotkać kogoś sławnego - nawet jeśli się go nie zna! |
A potem przejażdżka po mieście, żeby to kolejny raz zobaczyć naszą stolicę, kawka u znajomych i jazda do domu, bo jutro do pracy! :)
![]() |
| Przez słońce za szybą ta palemka mi się z CALI skojarzyła! ^^ |
![]() |
| PRAWIE jak Empire State Building! Haha |
Podsumowując: zadaniem każdej Au Pair jest przeżyć stres przed rozmową o wizę (ja miałam MEGA stres), ale po fakcie uświadamiamy sobie, że zupełnie niepotrzebnie i to tylko formalność (nie, Pati?:) )
Buziaki!
N.
Buziaki!
N.




Gratulacje! teraz to już same przyjemności zostały ;))
OdpowiedzUsuńTroche się uspokoiłam dzięki Twojemu postowi! <3 teraz kolej na mnie!
OdpowiedzUsuńOdświeżałam chyba z 15 razy główną bloggera, i mówię gdzie jest nowa notka Nadii :D
OdpowiedzUsuńA ja mam Cię na google plus... Co ja się upraszam ostatnio dziewcyzn, dodaj sobie gadżet bloggera ten taki jak u mnie, żebym Cię mogła dodać.
Gratulować nie muszę bo już to zrobiłam :*, a w warszawce ''sława'' na każdym kroku.
Ale świetnie ;D
OdpowiedzUsuńSpotkanie wizowe już za Tobą :)
Czytałam ostatnio Twojego bloga, ale dopiero przed chwilą zauwazyłam, że mieszkamy niedaleko siebie ;D
Ja jestem z Leszna ;D
Ooo jak fajnie! :) Nie wiedziałam też, że tak blisko mieszkamy! :D
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuńhaha na końcu wyjdzie, że mamy do siebie tak blisko a i tak spotkamy się dopiero w USA ;D
Usuńhahaha :D Ja Tomaszewskiego bym nie kojarzyła, gdyby nie przeszedł do PISu i nie zrobił z siebie pajaca :P
OdpowiedzUsuńGRATULUJĘ wizy z całego serca :) Fajnie, że tak pozytywnie zapamiętasz swój pobyt w Warszawie!
xx
Fajny blog :) Już dodałam do obserwowanych :)
OdpowiedzUsuńŻyczę powodzenia.
Zapraszam na mojego bloga: http://mojapasjausa.blogspot.com/